Przejdź do głównej zawartości

Prawie cukrzyca - początek życia bez cukru i...

Gdy po raz pierwszy słyszysz diagnozę "ma pani bardzo wysoką insulinoodporność" to w pierwszej chwili myślisz "grunt, że to JESZCZE nie cukrzyca". Skoro jeszcze insulina nie szaleje do tego stopnia, że każdy dzień stanowi walkę o zachowanie równowagi, to wydaje ci się, że możesz sobie z nią poradzić na spokojnie. W końcu co to za problem - robisz rewolucję w stylu żywienia, przechodzisz fizyczną metamorfozę z pomocą dietetyka i ulubionej trenerki fitness, a potem już możesz się wymądrzać w blogosferze, jakim to jesteś ekspertem w dziedzinie zdrowia, fit życia i duchowej przemiany.  Jeśli jednak obrany cel okazuje się znacznie trudniejszy do osiągnięcia, a ty wciąż jesteś w lesie ze swoją życiową rewolucją, to... witaj w klubie. 

insulinoodporność a dieta

Powyższego wpisu nie poświęcę problemowi jakim jest insulinoodporność. W skrócie tylko wyjaśnię, że oznacza on obniżoną wrażliwość organizmu na działanie insuliny, czyli hormonu odpowiedzialnego za regulację poziomu cukru we krwi. Niektórzy niewrażliwcy twierdzą, że insulinoodporność to ostatnimi czasy "modna fanaberia", co jest oczywiście szczytem ignorancji. Insulinoodporność może doprowadzić do rozwoju cukrzycy typu 2 i innych chorób, w dużym natężeniu utrudnia codzienne funkcjonowanie, w wielu przypadkach zmienia 5 nadprogramowych kilogramów w 25, a marzącym o gromadce dzieci czasem może te marzenia zrujnować. Czyli generalnie - nie ma żartów. Jeśli trafiliście na ten wpis ze względu na fakt, że sami chorujecie na tę przypadłość i szukacie wartościowej wiedzy - polecam eksperta w tej dziedzinie, czyli Dominikę Musiałowską i jej stronę Insulinoopornosc.com. To tam próbuję systematycznie znaleźć wsparcie i fachową wiedzę. Ja jednak chciałam mój wpis poświęcić bolesnej i nie zawsze pełnej sukcesów walce o dążenie do zdrowia. 

Cudów nie ma - jest krew, pot i łzy

Gdy widzimy uśmiechnięte kobiety po wielkich metamorfozach albo czytamy kolejne blogi (lub nawet lepiej -  śledzimy profile na Instagramie) ludzi, którym udało się zmienić swoje życie, to... szczerze mówiąc niekoniecznie mnie to motywuje. Być może dlatego, że jestem w grupie nieszczęśników, którzy latami starają się schudnąć albo podążać drogą swoich idoli, którzy np. rzucili nudną pracę, żyją swoją pasją i zarabiają górę pieniędzy, ale niestety niewiele z tego wynika. Za mało na tych ich social media prawdziwej życiowej walki, czyli "krwi, potu i łez" a za dużo pastelowych, idealnych zdjęć, idealnych póz i sukcesów, które człowieka przytłaczają do tego stopnia, że nawet się nie łudzi, że sam zdoła zbliżyć się do niedoścignionego ideału. Za mało relacji z samej przemiany i walki o zdrowie czy piękną sylwetką, a za dużo motywacyjno-coachingowej gadki, która... w sumie dość mocno irytuje. Oczywiście, może wiele osób ma inaczej, i na nich to działa. Jeśli tak - to zazdroszczę.

Bye bye sugar


Życie bez cukru i mąki pszennej, czyli walka z 30-letnią tradycją

Niezależnie od tego czy jesteś cukrzykiem albo cierpisz na insulinoodporność i eliminujesz z diety takie produkty jak cukier, białe pieczywo i inne produkty z dodatkiem mąki pszennej (oczywiście żywienie zgodne z niskim indeksem glikemicznym to dużo bardziej złożona sprawa niż te dwa składniki, ale te są najbardziej kluczowe), czy chorujesz na celiakię (never ever gluten), ze względu na nietolerancję porzucasz na zawsze mleko i nabiał czy bohatersko dla zdrowia i planety przechodzisz na weganizm - wiedz, że będzie ciężko (ciężko to mało powiedziane). Naszym wrogiem są: rodzina (chcą twojego zdrowia, ale sami nie planują porzucić złej diety - choć rezygnacja z takiego białego pieczywa, słodyczy i napojów gazowanych każdemu wyjdzie na zdrowie), tradycja (tak, kuchnia polska na mące pszennej stoi, cukier wałęsa się w każdej słodkości i nie tylko - a nawyki utrwalane przez 30 lat życia nie dadzą się tak łatwo wyplenić, oj nie) oraz przemysł spożywczy (wchodząc do sklepu, wiedz że czeka cię wnikliwa lektura etykiet i zapomnij o gotowcach). 

Szokujące odkrycia
Człowiek nagle odkrywa, że cukier to nie tylko zjedzenie całego pudełka ptasiego mleczka w jeden dzień (niechlubny wyczyn, wiem, dziś zdarza mi się czasem poczęstować jednym), ale również np. posilanie się wędlinami. Złowroga mąka pszenna dodawana jest niemal we wszystkim co się da, co w połączeniu z obecnością cukru stanowi mieszankę najwyższego zła (nieszczęsnym ideałem jest produkt, który poza tą dwójką ma jeszcze olej palmowy, bo jak szaleć z niezdrowym jedzeniem, to po całości). I tak poza porzuceniem przepysznej słodkiej chałki lub chrupiącej francuskiej bagietki z dużą ilością truskawkowego dżemu (w tej kwestii trzymam się nawet nieźle, choć ciężko mi na nie patrzeć w piekarni), ryzykowne jest zajadanie się ulubionymi pierogami (mąka pszenna, niech ją szlag!) na mieście (w domu można czasem walczyć z jakimś zdrowszym odpowiednikiem mąki, ale różnie to smakuje), naleśnikami z Nutellą i bananem (mąka pszenna, wesoły miks oleju palmowego z cukrem oraz owoc z pogranicza wysokiego ryzyka), a do tego trzeba zapomnieć o piciu coli i... piwa (na szczęście tego ostatniego nie lubię). I do tego uwaga - sok Kubuś (cukier, cukier, cukier), fit batoniki znanych trenerek bazujące na suszonych daktylach (daktyle...boli, jak to piszę) czy różne produkty z półki gluten-free (zamienniki glutenu też mogą mieć bardzo wysoki indeks glikemiczny) również mi szkodzą. A żeby nie było za łatwo (!) to słabo gotuję i mam mało czasu na zdrowe posiłki, a stan konta wciąż zniechęca mnie do pójścia w dietę pudełkową. Dlatego po 10 miesiącach walki udaje mi się porzucić część dawnych ulubionych dań, ale nadal nie wszystkich. W którymś momencie miewałam tygodnie, że traciłam chęć, aby jeść cokolwiek. To również nie było mądre, ale detoks od prostych węglowodanów bywa trudny i bolesny. Tym bardziej, że to nie zmiana na chwilę, a NA ZAWSZE.

ćwiczenia w insulinoodporności


Co z tym wysiłkiem fizycznym?
Zaraz po diecie (i lekach w moim przypadku) kolejnym wyzwaniem jest oczywiście zdrowa dawka ruchu. Z tym akurat mam mniejszy problem niż ze zdrową dietą, a przynajmniej miałam aż do nadejścia zimy. Bo nieleczona wysoka insulinoodporność powodowała u mnie tak dużą ospałość i brak energii, że przejście kilku przystanków pieszo, wejście na trzecie piętro schodami czy skupienie się przez osiem godzin pracy przed komputerem urastało do rangi problemu. Po rozpoczęciu leczenia i zmianie diety wróciła chęć do podjęcia aktywności fizycznej. Tyle, że nadeszła zima a wraz z nią władzę nad krajem przejął smog, co w niektóre dni da się wyczuć już po 5 min marszu. W takiej sytuacji ciężko zrealizować zaleceniu o 10 000 krokach dziennie, na siłownię nie jest po drodze tak często jak by wypadało, a domowy sprzęt w postaci roweru stacjonarnego... uległ uszkodzeniu. Ale nic to... wiosna coraz bliżej, lepsze 15 min domowych ćwiczeń niż nic i może uda mi się ocalić te 10 pierwszych straconych kilogramów oraz lepsze wyniki badań, z których byłam taka dumna jesienią. 

Jeśli również walczycie o zdrowie, piękną sylwetkę i lepsze życie - to trzymam kciuki i ruszam cztery litery z kanapy i się przyłączam. Nie ma sielanki - jest krew, pot i łzy. I żadnych słodko-pierdzących zdjęć na Instagramie - od nadmiaru wirtualnego cukru chyba też skacze mi poziom cukru we krwi. 

P.S. Pierwszy wpis od dawien dawna. Udało się spełnić chociaż jedno z postanowień noworocznych! :)





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wycieczka z biura podróży - obciach czy sposób na wakacje?

Cholera, przecież miałam być systematyczna i wytrwale rozwijać bloga! A jak jest, każdy widzi. Tymczasem jednak, po powrocie ze wspaniałych wakacji w słonecznej Italii, chcę podzielić się kilkoma refleksjami na temat wyjazdów zorganizowanych z biura podróży (a przy okazji mam pretekst, żeby opublikować kilka fantastycznych zdjęć). Czy warto się na nie wybierać? Dla kogo taka forma wakacji jest błogosławieństwem, a dla kogo mordęgą? Post nie jest przez nikogo sponsorowany (nie przy moich "imponujących" statystykach bloga, ale w końcu tworzę wpisy bardzo nieregularnie).  Z widokiem na wulkan Wezuwiusz Chyba nikt nie będzie zdziwiony stwierdzeniem, że najlepszy urlop to ten zorganizowany samodzielnie. Bo przygoda, własny wysiłek włożony w organizację, indywidualny plan, niczym nieskrępowana wolność i takie tam. Dziś jednak opowiem kilka słów o tygodniowym wypadzie do Włoch, na który z pełną premedytacją wybrałam się w ramach zorganizowanej wycieczki. Dlaczego? No str

Kto naprawdę rządzi w sieci?

Wiem, że obecnie na czasie są tematy majówkowe (jak przeżyć majówkę w górach, czy warto brać sanki nad morze, sto rzeczy, które można robić z rodziną i znajomymi, gdy pogoda za oknem nie rozpieszcza itd.), ale wolę iść pod prąd i napisać dziś kilka słów na podstawie swoich doświadczeń zawodowych. A wszystko dlatego, że ostatnio zdałam sobie sprawę z czegoś naprawdę ważnego. Jak myślicie, kto ma najwięcej do powiedzenia w wirtualnym świecie: redaktorzy naczelni prestiżowych gazet i portali, celebryci szalejący na Instagramie, wpływowi youtuberzy, opiniotwórczy blogerzy, redaktorzy Pudelka czy dziennikarze ogólnopolskich portali internetowych?  Od dawien dawna chciałam być... redaktorką naczelną. Początkowo myślałam o zarządzaniu kobiecym czasopismem, potem przerzuciłam się w marzeniach na kilka branżowych tytułów, aż w końcu zrobiłam zwrot w stronę internetu. W końcu redaktor naczelny portalu o tematyce X również brzmi dumnie. Jednak od tamtych marzeń minęła blisko dekada, a ży