Dawno mnie tu nie było. Zbyt dawno. A
jednak wróciłam, co oznacza, że mój blog mimo wszystko przetrwa, tyle, że nie
będzie prowadzony systematycznie (wiem, sama pisałam jakie to ważne). Dziś będzie
kilka słów o tym, że człowiek może więcej niż sądzi, ale bardzo często siebie nie
docenia. I nie, nie będzie to post w stylu słodkiego motywacyjnego pierdzenia,
że chcieć to zawsze móc, i jeśli tylko bardzo czegoś zechcemy, to osiągniemy to jak za dotknięciem magicznej różdżki. Bo tak dobrze to raczej nie ma. Chyba.
![]() |
W drodze |
Lubię górskie
widoki, bo jest w nich coś magicznego. Ale niech jasna cholera trafi tego,
kto każe mi się po nich wspinać. Dawno, naprawdę dawno nie wchodziłam o
własnych nogach na żaden szczyt (podwózka gondolą na samą górę tak jakby się
nie liczy, prawda?) – pomyślałam kilka tygodni temu. Z jednej strony bym trochę
chciała, ale z drugiej… chodzenie pod górkę zawsze mnie wykańczało, a moja
forma z każdym rokiem gorsza i sadełko na brzuchu większe. Nie ma opcji, nie
wejdę na nic większego.
Na potwierdzenie
tych słów, w pewien czwartek obudził mnie o szóstej rano potworny skurcz lewej
łydki. Coś strasznego. Zanim wydostałam się mozolnie z domu o siódmej
trzydzieści, to nadal lekko kulałam (potem mi uświadomiono, że źle rozmasowałam
nogę) i stan ten trwał cały dzień. W tym właśnie momencie dostałam propozycję
nie do odrzucenia – czyli jednodniowego wypadu na Śnieżkę. Boże, ja i
wchodzenie na taką większą górę? Zapomnijcie! – pomyślałam w pierwszej
sekundzie, ale potem zaczęłam się zastanawiać, oglądać zdjęcia z Karpacza i
okolic. W głębi serca bym poszła w te Karkonosze, ale z moją zerową kondycją
(ten skurcz łydki to chyba efekt ćwiczenia 20-minutowego treningu z Mel B, bo
starać, to się od czasu do czasu staram, ale z różnym skutkiem), z grupką
miłośników chodzenia pod górkę, nadwagą, kulejącą nogą i bolącą łydką.
Ostatecznie uzależniłam swoją decyzję od stanu łydki. Jak w piątek po południu
nie będę kuleć, to najwyżej pojadę (i umrę gdzieś na szlaku).
![]() |
Górskie piękno |
Następnego dnia
obudziłam się z pełni sprawną nogą i dobrym samopoczuciem. Sprawdziłam prognozę
pogody, przejrzałam zdjęcia z Karpacza, westchnęłam… no i zgodziłam się pojechać
na tę Śnieżkę. Raz kozie śmierć. O tym, że to chyba był jednak zły pomysł,
pomyślałam już kwadrans po wyjściu z samochodu. Miałam problem z chodzeniem pod
górkę i czułam się jak emerytka, która ledwo idzie i nie może złapać tchu (a
przemieszczaliśmy się niebieskim szlakiem, czyli takim spacerowym!). Pozostali
uczestnicy wyprawy ledwo majaczyli mi w oddali, bo chociaż starali się iść
wolno, to jednak do mojego tempa nie byli w stanie się przystosować. Co jakiś
czas robili jednak przystanki, żebym się z nimi zrównała. Po jakimś czasie
sytuacja uległa pewnej poprawie, pogodzona z losem parłam mozolnie do przodu,
aż dotarliśmy do pierwszego malowniczego przystanku – schroniska Samotnia nad
Małym Stawem. Widoki – niesamowite! Poczułam się trochę jak Frodo na wyprawie
Pierścienia i skupiłam na podziwianiu pięknego otoczenia. Wstąpiła we mnie
jakaś dodatkowa energia.
![]() |
Nad Małym Stawem |
Kolejny odcinek drogi pokonałam już żwawiej i nie
odstając zbyt mocno od pozostałych. Mały sukces. W końcu uwierzyłam, że
naprawdę wejdę na ten szczyt i go zdobędę o własnych siłach. Największy kryzys
nastąpił pod samą Śnieżką. Ostatni odcinek wspinaczki na górę można śmiało
przyrównać do drogi krzyżowej. Niby wydawało się, że to „tylko kawałek” ale
zrobiłam w trakcie chyba z dziesięć przystanków. Trochę mnie podniósł na duchu
fakt, że nie byłam w swoim cierpieniu odosobniona. Nieważne czy na Śnieżkę
wdrapywał się maratończyk (bo akurat grupa fit szaleńców postanowiła tego dnia
odbyć tam swój maraton, wariaci!), dziecko, młody facet czy kobieta w średnim
wieku – wszyscy cierpieli… i wszyscy dotarli.
![]() |
Widok ze szczytu Śnieżki |
Jak już
ostatecznie doszłam do siebie po zdobyciu szczytu, to sama byłam pewna podziwu
dla samej siebie. Bo jasne, są osoby, dla których to spacerek, i takie jak ja,
dla których to mistrzostwo świata, gdy po pięciu latach przerwy ruszają tyłek z
kanapy i przełamują swoje ograniczenia. Teraz będzie już
tylko z górki – powiedział przewodnik naszej ekipy, a do mnie dotarło, że to
przecież nie koniec. Trzeba jeszcze zejść. Tym razem schodziliśmy czerwonym
szlakiem, który okazał się strzałem w dziesiątkę pod kątem fenomenalnych
widoków (nawet lepsze niż ze szczytu Śnieżki oraz przy Samotni!) i poważnym
wyzwaniem pod kątem schodzenia. Najgorszy fragment pokonaliśmy w jakieś
czterdzieści minut, a potem… było już tylko niemal spacerowo i łagodnie.
Alleluja! Weszłam i zeszłam o własnych nogach. Można? Można! Czyli jednak…
człowiek twierdzi, że nie da rady, z góry przekreśla swoje szanse, żeby odkryć,
że… jest w stanie osiągnąć więcej niż sądzi.
![]() |
Ja, nadal w szoku |
Następnego dnia…
nie obudziły mnie zakwasy ani nieznośny ból łydki. Niesamowite, a obawiałam
się, że będę ledwo poruszać nogami. A zatem kiedy następny raz pomyślę, że
czegoś nie dam rady zrobić, to przypomnę sobie, że przecież zdarzyły się
sytuacje takie jak ta, w których pokazywałam, że jednak potrafię, jeśli tylko zechcę. Na dowód, że
cała wyprawa na Śnieżkę wcale mi się nie przyśniła, wrzucam kilka zdjęć.
Niestety, żadne z nich nawet w połowie nie odzwierciedla górskiego piękna,
które miałam okazję zobaczyć.
Uwielbiam góry i wspinaczkę na szczyty :) Świetne zdjęcia :)
OdpowiedzUsuńJa na mój słaby aparat w komórce to piękne widoki bronią się same :)
UsuńTeż jestem kanapowcem ale uwielbiam wycieczki :)
OdpowiedzUsuńTo tak jak ja, nie ma lekko :)
Usuń