Kto naprawdę rządzi w sieci?

Wiem, że obecnie na czasie są tematy majówkowe (jak przeżyć majówkę w górach, czy warto brać sanki nad morze, sto rzeczy, które można robić z rodziną i znajomymi, gdy pogoda za oknem nie rozpieszcza itd.), ale wolę iść pod prąd i napisać dziś kilka słów na podstawie swoich doświadczeń zawodowych. A wszystko dlatego, że ostatnio zdałam sobie sprawę z czegoś naprawdę ważnego. Jak myślicie, kto ma najwięcej do powiedzenia w wirtualnym świecie: redaktorzy naczelni prestiżowych gazet i portali, celebryci szalejący na Instagramie, wpływowi youtuberzy, opiniotwórczy blogerzy, redaktorzy Pudelka czy dziennikarze ogólnopolskich portali internetowych? 




Od dawien dawna chciałam być... redaktorką naczelną. Początkowo myślałam o zarządzaniu kobiecym czasopismem, potem przerzuciłam się w marzeniach na kilka branżowych tytułów, aż w końcu zrobiłam zwrot w stronę internetu. W końcu redaktor naczelny portalu o tematyce X również brzmi dumnie. Jednak od tamtych marzeń minęła blisko dekada, a życie zweryfikowało moje poglądy na pracę idealną i to, kogo uważam za najbardziej wpływowego w sieci. Pozostało upodobanie do pisania - to się raczej nigdy nie zmieni.

Prasa sobie żyje... ale w sieci nie ma wiele do gadania
Śmierć prasy eksperci obwieszczają od dawna, ale na szczęście póki co, nie jest tak źle jak przypuszczali. Nie oznacza to również, że jest dobrze. Co to, to nie. Duże branżowe tytuły padają jak muchy, nakłady maleją, sprzedaż leci gwałtownie w dół... Po drugiej stronie mamy zaś wycinkę sporej ilości drzew na papier zmarnowany do wydruku bulwarowych gazetek, które jak na złość, mają się świetnie. To, co najbardziej warto zapamiętać, to że sukces w danych mediach np. w prasie lub TV nie oznacza automatycznie, że po przeniesieniu się danego tytułu do internetu z miejsca odniosą sukces. Niektórzy wydawcy i właściciele czasopism jeszcze tego nie odkryli. No, ale w końcu każdy uczy się najlepiej na swoich błędach, prawda?

Bolesna prawda o dziennikarstwie

Gdy już moje marzenia o zostaniu naczelną czasopisma przeistoczyły się w pragnienie zostania naczelną portalu internetowego, zaczęłam się uważnie przyglądać ich działaniu. Nie powiem, byłam przez pewien czas "naczelną" małego serwisu branżowego. Dziś, jako PR-owiec, także na co dzień rozmawiam z dziennikarzami, znam też wiele osób, które w mediach pracowało i z ulgą się przekwalifikowało. Powody były różne. Raz usłyszałam, że jako naczelna mam myśleć tylko i wyłącznie o zwiększaniu ruchu na stronie, bo ruch to reklamy, a reklama to pieniądze. Fakt, jeśli strona nie zarabia, to raczej się nie rozwija i staje co najwyżej hobbystycznym zajęciem po godzinach, a nie poważną pracą, z której opłaci się rachunki. Innym razem znajomi z mediów opowiadali mi o trudach swojej pracy: 15-godzinnym dniu pracy, niskiej płacy (przy znajomych pracujących w korporacjach to w ogóle nie warto się nawet przyznawać do zarobków), wiecznym czuwaniu i czekaniu na telefon, ryzyku ogłoszenia upadłości serwisu oraz wiecznego braku stabilności w postaci "w gruncie rzeczy etatowej pracy tylko w oparciu o umowę o dzieło".

I kto tu rządzi?
Oczywiście, istnieją serwisy zbierające każdego dnia milionowe odsłony i zatrudniające redaktorów w stałych godzinach pracy, ale mowa tutaj o ścisłej elicie, a nie większości. Zawsze mnie zastanawiało jak wygląda praca np. na... Pudelku. Czy osoby, które decydują o dobrym samopoczuciu celebrytów (oni oczywiście regularne przeglądają serwis!) nie są przypadkiem przeciętnie zarabiającymi redaktorami jedzącymi kanapki z serem i wędliną na śniadanie, a muszącymi na co dzień pisać o próżnych i bogatych sławnych ludziach? Może to stąd ich słynna zjadliwość? A może tylko pogoń za wyświetleniami i kliknięciami? Równie dobrze może się okazać, że większość artykułów jest sponsorowana, a "hejty" w stronę gwiazd sowicie opłacane przez samych zainteresowanych. Z ciekawości naprawdę bym zajrzała za kulisy, żeby się dowiedzieć jak to naprawdę wygląda. Niestety, małe choć tworzone z pasji portale internetowe mają podwójnie pod górkę. Konkurencja ogromna, brak inwestycji spowalnia rozwój, a przecież i tak, jeśli marka X zdecyduje się wydać np. 2 tys. zł na promocję to bardzo często wybierze blogera czy gwiazdę Instagrama. I tak oto przechodzimy do grupy, której znaczenia bardzo długo nie doceniałam. Błądzić jest jednak rzeczą ludzką.

Królestwo za influencera
Sytuacja z życia wzięta: klient X chce dotrzeć do swoich odbiorców poprzez płatną promocję w sieci. Jak myślicie, kogo wybierze do współpracy: lifestylowy serwis o np. UU rzędu 350 000 miesięcznie czy popularną blogerkę mogącą pochwalić się 200 000 UU miesięcznie na blogu oraz liczbą 50 000 followersów na Instagramie i Facebooku? Bardzo często klient decyduje się na to drugie. I nawet jeśli liczby wskazują, że to portal lifestylowy ma większy zasięg, "zaangażowana grupa wiernych czytelników bloga" robi swoje. Nie żeby portale miały tylko przypadkowych użytkowników wpadających poczytać ich artykuły wyłącznie dla zgrywy, no ale jest jak jest. I nie, nie będę tutaj oceniać kto ma większą siłę rażenia: youtuber, blogerka czy uwielbiana na Instagramie żona piłkarza. Każde z nich można nazwać influencerem, który buduje wokół siebie grono wiernych odbiorców. Dlaczego doszłam do wniosku, że influencerzy są jedną z najsilniejszych grup w sieci? Po pierwsze, najbardziej znane blogerki zostają celebrytkami i zagrażają na ściankach gwiazdom show bussinessu. Po drugie, zwykle wygrywają z portalami internetowymi pod kątem finansów. Znani influencerzy biorą od 2 do 10 tys. złotych za wpisy na blogu w połączeniu z kampanią w social mediach i inne akcje promocyjne (w wyjątkowych sytuacjach mogą się zgodzić na barter czyli kampanię na swoich kanałach w zamian za otrzymanie urządzenia o wartości nawet do kilku tysięcy złotych w ramach zapłaty bezgotówkowej). A przecież w ciągu miesiąca może im się przytrafić kilka takich ofert współpracy!

Oczywiście powyższy wywód nie oznacza, że każdy bloger jest możnowładcą (wystarczy spojrzeć na mojego raczkującego bloga), a każdy portal internetowy nie ma nic do powiedzenia. Nie da się jednak zignorować faktu, że moc influencerów to nie żart, a za te wszystkie "śmieszne" zdjęcia i wpisy w mediach społecznościowych i na blogu marki są w stanie zapłacić im całkiem interesujące sumy pieniędzy. Nie wiem, czy dożyję kiedykolwiek takiej sytuacji na moim blogu. Pewnie nie. Mimo wszystko, w głębi serca i tak nadal najbardziej chciałabym być redaktorką naczelną :).


Komentarze

  1. Życzę Ci, być redaktorką naczelną została. Lubię czytać teksty szczere, nie te podkoloryzowane. Bardzo fajnie piszesz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Właśnie muszę się zebrać do nowego posta bo trochę mnie nie było, ale wracam.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty